Umów wizytę: salon@perfectbeauty11.pl

Koloryzacja bez zniszczeń: co farba i rozjaśniacz naprawdę robią z włosem i jak zachować kolor

Koloryzacja bez zniszczeń: co farba i rozjaśniacz naprawdę robią z włosem i jak zachować kolor

Ten sam moment. Powtarza się w moim fotelu prawie co tydzień, słowo w słowo.

Z jednej strony klientka widzi już siebie w nowym odcieniu: ciepły brąz, chłodny blond, może delikatne rozjaśnienia wokół twarzy, coś co ma zmienić całe spojrzenie na siebie. Z drugiej strony w oczach czai się strach, bo gdzieś w środku siedzi obraz włosów suchych jak siano, szorstkich, łamiących się dokładnie na wysokości uszu, zaraz po wyjściu z salonu. I zanim jeszcze otworzę farbę, słyszę to samo zdanie, zawsze w tej samej wersji: chcę ładny kolor, ale nie chcę zniszczyć włosów. Rozumiem ten lęk, bo sama widziałam dziesiątki głów po nieprzemyślanym farbowaniu, matowych, przesuszonych, z łuską tak otwartą i porowatą, że włos przypominał przepalony sznurek, a nie fryzurę.

Koloryzacja i zdrowy włos wcale się nie wykluczają, choć w salonie czasem trudno w to uwierzyć. Pokażę ci, co farba i rozjaśniacz naprawdę robią w środku włosa, bez upiększania niczego, wytłumaczę, dlaczego blond kosztuje najwięcej, kiedy sięgam po trwałą, a kiedy po ton w tonie albo balayage, i co robić w domu, żeby kolor trzymał się tygodniami zamiast spływać po kilku myciach.

Przesuszone, matowe, łamliwe - jak wygląda włos po nieprzemyślanej koloryzacji

Szczerze mówiąc, nie ma nic bardziej frustrującego niż włos, który wygląda dobrze pod suszarką w salonie, a w domu po pierwszym myciu się rozpada. Mam wrażenie, że klientki często nie wiedzą, że zniszczenie widać już na etapie samego układania się końców. Zdrowy włos opada miękko. Zniszczony sterczy, jakby miał własną wolę, i rozdziela się na cienkie, słomiane pasemka, które w świetle wyglądają matowo, płasko, bez życia.

Ale przesuszenie to jedno. Najwięcej mówi dotyk. Zdrowy włos jest gładki, chłonie i oddaje wilgoć bez problemu. Zniszczony na sucho skrzypi między palcami, a po zmoczeniu robi się gumowaty, rozciąga jak żelka i nie wraca do formy. Nie lubię tego momentu, kiedy biorę pasmo w rękę i czuję tę gumowatość. To sygnał, że struktura włosa jest naruszona od wewnątrz, nie tylko na powierzchni.

Najczęściej widzę to po rozjaśnianiu robionym na siłę: za mocny utleniacz, powtarzanie zabiegu na już rozjaśnionych partiach, trzymanie preparatu za długo, bo komuś się wydawało, że jeszcze chwila i będzie idealnie.

Pamiętam klientkę, która przyszła po domowej farbie z drogerii, nałożonej na całą długość, bo chciała ciemniejszy odcień. Efekt? Po 2 myciach końce zblakły do rudawej mgiełki. Włosy były tak porowate, że po prostu nie utrzymały pigmentu.

Kolor spływający po kilku myciach prawie zawsze wynika z tego samego: farba trafiła na włos, który był już uszkodzony i nie miał się czego złapać.

Rozpoznaję zwykle 3 obrazy zniszczenia: suche, matowe końce łamiące się przy szczotkowaniu, gumowate pasma tracące sprężystość po zmoczeniu i kolor, który znika szybciej, niż powinien, robiąc się nierówny.

Co dzieje się z łuską włosa podczas farbowania - chemia utleniania w skrócie

Zastanawiałaś się kiedyś, co tak naprawdę dzieje się pod farbą, kiedy siedzisz z folią na głowie i czekasz swoje 30-40 minut?

Włos możesz sobie wyobrazić jak szyszkę pokrytą dachówkami. Ta zewnętrzna warstwa to łuska, czyli nakładające się na siebie płytki. W zdrowym włosie leżą płasko i szczelnie, jedna na drugiej. I dopóki tak leżą, żaden kolor się do środka nie dostanie.

Farba trwała zawsze składa się z dwóch elementów, które łączysz tuż przed nałożeniem: kremowej bazy z pigmentami i alkalizatorem (najczęściej amoniakiem albo jego łagodniejszym zamiennikiem) oraz utleniacza, czyli wody utlenionej w konkretnym stężeniu. Alkalizator podnosi pH i dosłownie odchyla płytki łuski, robiąc przejście do wnętrza włosa. Przez tę szczelinę wnikają drobne cząsteczki barwnika razem z utleniaczem.

W korze włosa czeka naturalny pigment. Utleniacz najpierw go rozjaśnia, a jednocześnie uruchamia reakcję oksydacji, w której małe, bezbarwne cząsteczki barwnika łączą się w duże, kolorowe kompleksy. Te kompleksy są już za duże, żeby wyjść przez łuskę z powrotem.

Dlatego kolor trzyma się miesiącami, a nie spływa po trzecim myciu głowy.

Tylko że nie da się otworzyć łuski i nie zostawić śladu. Podnoszenie płytek, wysokie pH, sama reakcja utleniania, to wszystko narusza strukturę włosa. Pytanie nigdy nie brzmi „czy”, tylko „jak bardzo”, a to zależy od stężenia utleniacza, czasu działania, pH preparatu i kondycji włosa na starcie.

Miałam kiedyś klientkę przekonaną, że jej włos „nie przyjmuje koloru”, bo znikał po dwóch tygodniach. Okazało się, że wcześniej farbowała już rozjaśnione końce, a łuska była tak zniszczona, że po zabiegu w ogóle się nie domykała. Pigment wypłukiwał się z końców szybciej niż z nasady. Winna nie była farba, tylko stan łuski, im bardziej rozchwiana, tym trudniej cokolwiek zatrzymać w środku, kolor czy wilgoć.

Rozjaśnianie a keratyna: dlaczego blond kosztuje włosy najwięcej

Przez długi czas myślałam, że farbowanie i rozjaśnianie to w gruncie rzeczy to samo, tylko w innym natężeniu, i chyba niejedna z was myśli podobnie, bo w salonie klientki mówią „zrobię sobie koloryzację” zarówno przy zwykłej farbie, jak i przy pełnym rozjaśnieniu. A to są dwa zupełnie inne procesy, dopiero jak zaczęłam to sobie rozkładać na czynniki pierwsze, zrozumiałam, dlaczego jedne włosy po zabiegu są miękkie i błyszczące, a inne przypominają siano. Przy zwykłym farbowaniu utleniacz otwiera łuskę włosa, barwnik wchodzi do środka, ale naturalny pigment włosa w dużej mierze zostaje, i nowy kolor buduje się właśnie na nim, jakby na bazie. Rozjaśniacz działa zupełnie inaczej i wcale nie dokłada koloru, tylko rozbija melaninę, czyli ten pigment, który daje włosowi ciemny odcień, a żeby się do niej dobrać, musi wejść głębiej i mocniej. I tu jest problem, bo ta reakcja utleniania nie zatrzymuje się grzecznie na melaninie, tylko po drodze atakuje też wiązania w keratynie, te same, które trzymają strukturę pasma w całości.

Im jaśniej chcesz zejść, tym więcej tych wiązań trzeba naruszyć, więc droga z ciemnego brązu na chłodny blond to nigdy nie jeden zabieg, tylko rozbieranie włosa warstwa po warstwie. Rdzeń pasma robi się słabszy, mniej sprężysty, bardziej porowaty.

Do tego dochodzi wolumen utleniacza, bo niższy pracuje wolniej i płycej, wyższy szybciej i głębiej, a razem z siłą rozjaśniania rośnie ryzyko przełamania włosa. Przy najwyższych wolumenach włos potrafi po prostu pęknąć, zwłaszcza tam, gdzie był już wcześniej rozjaśniany. Nakładanie mocnego rozjaśniacza na pasma po kilku takich zabiegach to prosta droga do gumowatych, rwących się końcówek.

Pamiętam klientkę, która przyszła z hasłem „z ciemnego brązu na platynę, dziś, na wieczór”, włosy do łopatek, wcześniej farbowane ciemną farbą. Odmówiłam zrobienia tego w jednym podejściu i wiem, że część osób pewnie by mnie za to nie polubiła.

Gdybym tamtego dnia sięgnęła po najwyższy utleniacz na całej długości, ryzyko, że przy rozczesywaniu połowa pasma zostałaby w grzebieniu, było zbyt realne.

Blond bywa piękny, ale rzadko jest darmowy, płaci się za niego kondycją włosa. Dlatego ja swój blond zawsze rozkładam w czasie.

Trwała, ton w tonie, balayage i refleksy - którą metodę dobieram do jakiego włosa

Zanim w ogóle sięgnę po farbę, pytam: zmieniamy kolor czy tylko go pogłębiamy? Brzmi banalnie, ale od tej jednej odpowiedzi zależy wszystko. Jaką farbę wybiorę, jaki utleniacz, i ile włos przy tym straci. Bo to nie jest tak, że każda koloryzacja kosztuje tyle samo.

Trwała koloryzacja działa z utleniaczem, amoniak (albo jego łagodniejszy zamiennik) unosi łuskę, utleniacz otwiera drogę do kory włosa i tam dopiero dzieje się cała magia: pigment wchodzi w reakcję i tworzy większe cząsteczki barwnika, które nie wypłuczą się przez kilka tygodni. Wybieram ją, gdy trzeba pokryć siwiznę albo mocno rozjaśnić naturalny kolor, bo inaczej się po prostu nie da. Ale to metoda, która kosztuje włos najwięcej i za każdym razem ingeruje w jego wnętrze. Nie ma tu ściemy.

Tonowanie ton w tonie to zupełnie inna liga. Farba jest bez amoniaku albo z minimalnym utleniaczem, pigment osadza się głównie na powierzchni i tuż pod łuską, więc włos mniej puchnie, a łuska zamyka się szybciej. Efekt trzyma się kilka do kilkunastu myć, nie rozjaśnia, tylko pogłębia albo przełamuje odcień, i regeneracja po nim jest łatwiejsza. Proponuję ją tym, które nie mają siwizny, a chcą ożywić naturalny kolor albo zejść o ton w dół. Delikatne, bezpieczne, moje ulubione, gdy klientka nie musi niczego "naprawiać".

(Czy zauważyłaś, że najwięcej klientek zmęczonych koloryzacją przychodzi po latach malowania odrostów?) Balayage i refleksy przekonały właśnie takie osoby, bo rozjaśniacz kładzie się tylko na wybrane pasma, linia przejścia jest rozmyta, nie tworzy ostrej granicy odrostu i nie trzeba wracać do skóry głowy co miesiąc. Korekta co dwa, trzy miesiące zamiast comiesięcznego malowania całej długości oznacza mniej razy, gdy chemia w ogóle dotyka tego samego włosa.

Miałam kiedyś klientkę z długimi, ciemnymi włosami, która chciała pełne rozjaśnienie na blond, od razu, na już. Odradziłam. Nie chodziło o wygodę, tylko o jej porowate końcówki, które pełne rozjaśnienie by po prostu dobiło. Zaproponowałam balayage rozłożony na dwie wizyty. Po roku miała jasny efekt bez łamiących się długości. Czasem najlepsza decyzja wygląda na mniej spektakularną.

Nie ma metody dobrej do wszystkiego. Trwała tam, gdzie trzeba kryć i zmieniać, ton w tonie, gdy zależy na delikatności, techniki cząstkowe, gdy chcesz jasnego efektu bez comiesięcznego obciążania nasady. I zawsze zaczynam od stanu włosa, nie od zdjęcia pokazanego w telefonie.

Jak chronię włos w trakcie zabiegu - bonder, dobór utleniacza i technika

Zanim w ogóle sięgnę po miskę i pędzel, robię coś, co z zewnątrz wygląda na nic. Biorę pasmo, przeciągam po nim palcami, patrzę pod światło. Sprawdzam, gdzie włos jest suchy, gdzie chłonie farbę za szybko, gdzie już kiedyś był rozjaśniany i ile z tego zostało. To nie jest formalność. To decyduje o wszystkim, co robię potem, bo nie farbuję recepty z pudełka, tylko konkretną głowę, która akurat siedzi w moim fotelu.

Bonder mam wpięty w mieszankę na stałe, nie traktuję go jak dodatku „na wszelki wypadek", który się dokłada, jak zostanie czas. To preparat, który podczas utleniania odbudowuje wiązania w strukturze włosa, te same, które proces koloryzacji rozrywa. Dolewam go do farby albo rozjaśniacza jeszcze przed rozprowadzeniem, bo ma pracować w trakcie reakcji, nie po niej. Domowa maska zrobiona wieczorem tego nie nadrobi, choćby była najdroższa na świecie.

Utleniacz dobieram zawsze od najniższego skutecznego wolumenu, nie od tego, który jest wygodniejszy albo szybszy. Jak klientka chce tylko pokryć siwiznę ton w ton, sięgam po 20 vol i nie kombinuję wyżej, bo po co. Wyższe stężenia rezerwuję na realne rozjaśnianie o kilka poziomów i nawet wtedy zastanawiam się dwa razy, czy nie da się tego rozłożyć na etapy. Mocniejszy utleniacz to szybszy efekt, ale i większe otwarcie łuski, czyli więcej strat, których potem nie cofniesz żadną odżywką.

Od skóry trzymam odstęp. Ciepło głowy przyspiesza reakcję przy nasadzie, więc jak rozjaśniam długości, nasadę nakładam później albo osobno, żeby nie przepalić odrostu.

Czas kontroluję zegarem, nie „na oko". W gabinecie stoi minutnik i to nie jest gadżet dla ozdoby.

Pamiętam klientkę, przy której zagadałam się o jej wakacjach i o mało nie przetrzymałam rozjaśniacza. Wyszło dobrze, włos przeżył, ale od tamtej pory nie ufam własnej pamięci przy stoperach, choćbym była przekonana, że pilnuję czasu kątem oka.

Przy trudniejszej koloryzacji trzymam się kolejności, która się nie zmienia:

  • ocena kondycji włosa i test pasma tam, gdzie są wątpliwości
  • dobór jak najniższego wolumenu do zamierzonego efektu
  • bonder wmieszany w preparat przed nałożeniem
  • nakładanie z odstępem od skóry, długości przed nasadą przy rozjaśnianiu
  • pilnowanie czasu na zegarze i płukanie w momencie, nie „jeszcze minutkę"

Żaden z tych kroków osobno nie robi wrażenia. Ale razem robią różnicę, którą widać dopiero za trzy myjki, kiedy włos się nie kruszy, tylko dalej wygląda jak włos, a nie jak sznurek.

Pielęgnacja koloru w domu: dlaczego blaknie i jak to spowolnić

Wiesz co, najczęściej pytacie mnie właśnie o to: dlaczego kolor, za który tyle się zapłaciło, blednie w oczach po kilku tygodniach. Odpowiedź jest prosta, choć niewygodna.

Pigment nie siedzi we włosie na wieki, nawet przy naprawdę dobrze wykonanej koloryzacji łuska nie zamyka się w 100%, więc przy każdym myciu odrobina barwnika po prostu wypłukuje się z wodą, a gorąca woda otwiera tę łuskę jeszcze szerzej, przez co proces przyspiesza. Do tego dochodzi słońce, które rozkłada pigment, i wysoka temperatura z prostownicy czy suszarki, która działa jak przyspieszacz blaknięcia. Miałam klientkę z intensywną czerwienią, która wróciła po 3 tygodniach rozczarowana, bo kolor spłowiał jej do rudawego różu, a myła włosy codziennie pod naprawdę gorącym prysznicem. Czerwień i tak schodzi najszybciej ze wszystkich odcieni, więc te nawyki działały jak zmywacz.

Efekt: kolor, który trzyma się tygodniami, i włos, który wygląda zdrowo

2, 3 mycia i kolor nadal ma głębię, odrost przy skórze nie razi kreską, a włos odbija światło, bo łuska jest domknięta. Przy dotyku czuć poślizg, nie sznurek. Tego się nie podrobi odżywką na jedno wyjście.

Miałam klientkę po latach domowej farby na czarno, przekonaną że cienkie włosy nic nie zniosą. Rozłożyłyśmy zmianę na 3 wizyty. Za trzecim razem sama rozczesała włosy przed lustrem i powiedziała, że pierwszy raz od dawna nic nie zostało jej na szczotce.

To nie była magia, tylko plan i utleniacz dobrany do jej włosa, a nie do zdjęcia z telefonu.

Ja odpowiadam za dobór, technikę i ochronę na fotelu, ty za mycie, suszenie, ochronę przed słońcem i chlorem, i za to, czy przyjdziesz na maskę, zanim odrost sięgnie połowy głowy.

Jak te role się rozejdą, rozjeżdża się i efekt.

← Wróć do bloga